środa, 18 kwietnia 2018

Od Moristiany CD Hael

Z przerażeniem oglądałam rozgrywającą się przede mną scenę – a widziałam już przecież niejedno – która zdawała się rozgrywać jakby w zwolnionym tempie. Piorun trafił prosto w przeskakującego przez pień Haela, który momentalnie spadł i zaczął się krztusić. Byłam przekonana, że za krótką chwilę upadnie martwy na ziemie. Jednak minuty mijały, a ten wciąż jedynie kaszlał, jakby się czymś dławił. Niewiele myśląc, w końcu wciąż byłam w dosyć dużym szoku, klepnęłam go mocno w grzbiet. Cofnęłam się zaskoczona, gdy coś rzeczywiście wypadło z jego przełyku. W samą porę, bo w przeciwnym wypadku dostałabym czymś, co wypaliło w ziemi całkiem pokaźny krater. Hael odetchnął głęboko, jakby z ulgą, po czym zaczął się wydzierać nie wiadomo na kogo:
– Ty! słuchaj no! Jeszcze jedna taka akcja, a przyrzekam, że porachuje wszystkie krople jakie w tobie znajdę. Spadaj wreszcie!
Spojrzałam na niego jak na wariata. Chociaż w zasadzie, jeśli potrafił przeżyć uderzenie pioruna...
Nie zastanawiając się zbyt długo nad tym co robię, cofnęłam się kilka kroków, aby zmnieniejszyć dystans między nami. Tak dla bezpieczeństwa.
I, no cóż, to był błąd. Nawet nie zorientowałam się kiedy wpadłam do jakiejś nory, przekoziołkowałam dobrych kilka metrów w dół, po czym z impetem uderzyłam w jakiś wystający kamień. Jęknęłam, podczas gdy przed oczami zaczęły przelatywać mi gwiazdki. Ten właśnie moment wybrał Hael, aby sobie o mnie przypomnieć.
– Moristiano? Gdzie jesteś? – jego głos był nieco przytłumiony przez odległość, jaka nas dzieliła. Ze zdziwieniem zauważyłam jednak, że dało się w nim słyszeć nutki zaniepokojenia.
Czyli nie taki wilk straszny, jak go malują.
Potrząsnęłam gwałtownie głową, dostrzegając że zaczynam bredzić. Chwiejnie wstałam na łapy i podeszłam zygzakiem trochę bliżej otworu.
– Tutaj jestem – zakrzyknęłam dosyć niemrawo.
Odcinek niemal dwudziestu metrów, które dzieliły mnie od wyjścia był praktycznie pionowy i nie było szans, żebym się po nim wspięła. Cudownie.

<Hael? Nie ma sprawy :)>

czwartek, 12 kwietnia 2018

Hejka!

Hej! 

Zanim rzucicie się na mnie z zębami i pazurami , chciałabym was bardzo przeprosić. Zachowałam się bardzo głupio. Strasznie zależy mi na tej Watadze. Wiem, że mam na nią mało czasu, ale chce się bardziej postarać. Tak więc proszę wybaczcie. Zanim jednak zacznę bardziej tu ogarniać, mam wielką prośbę. Proszę wszystkich aby wyraźnie POD TYM POSTEM napisali mi czego NIE WOLNO nam zmieniać. Jest to bardzo ważne, bo słyszałam już różne wersje i nie chcę się pogubić. Tak więc proszę. Macie tydzień od publikacji tego postu. Po tym czasie zaczynam zmieniać bloga. Po prostu nie chcę znowu słyszeć, że wszystko co tu robię jest beznadziejne itd. itp. Tak więc zapraszam!

Od Heal'a Cd. Moristiany

Moristiana….Całkiem ładne imię. No nie tak ładne jak moje! Czujecie ten sarkazm. Chyba jeszcze nikomu nie udało się poprawnie wymówić mojego imienia! Okej. Rozumiem, że jest takie nie tutejsz i w ogóle, no ale błagam! Ile juz odmian mojego imienia słyszałem! Halet, Harold, Hulk, Haleja, Hlo i tak dalej i tak dalej. Długo by wymieniać. A zreszta co to obchodzi tę waderę! Zmierzam odprowadzić ją jedynie do medyka i zwiać jak najdalej stamtąd. Szczerze mówiąc nie przepadam za naszą medyczką. Wzbudza we mnie niewyjaśnione dreszcze niepokoju.
Przeskoczyłem nad kolejnym zwalonym pniem, gdy poczułem niezłe kopnięcie pioruna w mój bok. Od razu w mojej krwi podskoczyła adrenalina i endorfiny czy jak to tam. Jestem wilkiem burzy więc takie pioruniątko mogą jedynie dodać mi energi. Aby wam to jakoś zobrazować, wypijcie podrząd jakieś dziesięć dawek podwójnego espresso. Ta.. Niezły odjazd. Czujesz się wtedy, jak jakaś głupia piłeczka pingpongowa odbijająca się od wszystkiego co napotka na swojej drodze, z prędkością ponaddźwiękową. No może nie czujesz, a rzeczywiście tak się dzieje. Szczerze mówiąc minimalnie współczułem Moristianie tego widoku, bo przecież mogła się wystraszyć.
W końcu, wnerwiony już przez przeciągające się uczucie wypełnienia, wyplułam piorun. Tsa… To też nie brzmi apetycznie, ale taka prawda! Jak chcesz pozbyć się jak najprędzej dużego wyładowania elektrycznego? Po prostu go wypluj! Chodź z perspektywy osoby patrzącej na to wszystko, może wydawać się, że dławisz się piorunem. A czekaj! Rzeczywiście to paskudztwo utknęło mi w przełyku. Zatoczyłem się w tył kaszląc dymem i próbując pozbyć się wyładowania elektrycznego z mojego ciała. Za sobą usłyszałem przestraszony krzyk Moristiany. Po chwili też poczułem jak coś uderza mnie w grzbiet. Wreszcie! Piorun wypadł z mojego pyska, wypalając  w ściółce nie małą dziurę. Odetchnąłem wreszcie pełną piersią.

- Ty! słuchaj no! Jeszcze jedna taka akcja, a przyrzekam, że porachuje wszystkie krople jakie w tobie znajdę. Spadaj wreszcie! - wydarłem się na tę wnerwiającą chmurę burzową, która już od paru miesięcy nie dawała mi spokoju. Dziwnie brzmi? Bez obaw. W mojej obecności można doświadczyć jeszcze dziwniejszych rzeczy. Zapewniam.

< Moristiana? Przepraszam, że tak długo! >


poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Od Siyi CD Willow

Nie zajęło mi dużo czasu zorientowanie się, że podanie lokalizacji naszej watahy kompletnie nieznajomemu wilkowi nie było zbyt odpowiedzialne. Zasadniczo było cholernie głupie. No ale cóż mogłam poradzić, stało się. Jedyną opcją jaką miałam było na tamten moment towarzyszenie basiorowi i pilnowanie w miarę możliwości, żeby niczego nie wywinął.
Chociaż zasadniczo jeśli przyjdzie do walki, to nie mam zbyt wielki szans. Zwłaszcza, że wciąż jestem dosyć osłabiona.
Z rozmyślań wyrwał mnie dosyć głośny plusk. Wyprostowałam się gwałtownie i zastrzygłam uszami, próbując dostrzec źródło dźwięku. Okazał się nim, a jakże!, mój nowy znajomy. Prychnęłam podirytowana.
– Długo będziesz się jeszcze pluskać? – zapytałam, kiedy ten nareszcie się wynurzył.
– Czasu mam pod dostatkiem. To co idziemy?
– Tylko się pospiesz. Nie mam całego dnia – mruknęłam, przewracając oczami.
Cóż, zasadniczo i tak nie masz nic do roboty – podszepnął mi krytycznie mój wewnętrzny głos. Obawiam się, że słyszenie go nie jest do końca normalne. Chociaż właściwie moje pojęcie normalności jest prawdopodobnie mocno wypaczone.
Dopiero po dobrym kwadransie basior w końcu raczył wyjść z sadzawki, z czego nie byłam specjalnie zadowolona. Chociaż muszę przyznać, że po kąpieli wygląda o niebo lepiej.
– Możemy nareszcie ruszyć?
– Oczywiście – odparł spokojnie, na co ja ponownie prychnęłam.
Po tej krótkiej wymianie zdań, nastała dosyć krępującą cisza (chociaż przybyszowi wydawała się ona nie przeszkadzać). Nie miałam najmniejszej ochoty przerywać to milczenie, dlatego po prostu szłam wysunięta nieco na przód. Powoli zaczynałam odczuwać nieprzyjemne skutki mojej niedawnej pogoni za złośliwym zającem, więc nieco zwolniłam.
– Uwa... – zaczął nieznajomy nieco poddenerwowanym głosem, jednak nie dane mu było skończyć.
Nagle, nie wiadomo skąd i dlaczego, poczułam, że pod łapami zabrakło mi gruntu. Nie zdążyłam nawet dobrze krzyknąć, a już leżałam boleśnie rozpłaszczona na twardym podłożu. Mimo, że lot był raczej krótki, niemal nie widziałam będącego nade mną początku szybu. Wciąż mocno oszołomiona podniosłam się na łapy, co nie okazało się najlepszym pomysłem. Niemal natychmiast jedna z nich, konkretniej tylna, zapiekła mnie okropnym bólem. Nie spodziewałam się tego, dlatego nie udało mi się zdusić okrzyku cierpienia.
– Wszystko w porządku? – dosłyszałam niewyraźny głos z powierzchni.
– W porządku jak cholera – odwarknęłam.

<Willow? Oczywiście, że nie - jest w porządku :)>

wtorek, 27 marca 2018

Od Willow'a CD Siyi

Jej sierść miała odcień ciemnego granitu, w niektórych miejscach delikatnie rozjaśniona. Była drobniejsza ode mnie, jednak ułożenie jej ciała ukazywało zwinność. Naprężone łapy, nadstawione uszy, lekkie pochylenie tułowia. Z początku wydawała się zdziwiona, jednak dość szybko odzyskała spokój. Wykorzystałem tę chwilę, aby zadać standardowe dla mnie pytanie.
-Daleko stąd do najbliższej watahy?
-Jakieś niecałe dwa kilometry, znajdujemy się dosłownie przy granicy.- Niespodziewanie szybko, i z lekka bezmyślnie odpowiedziała. Zamyśliłem się. To dość nietypowe, aby bez żadnych podejrzeń podawać lokalizacje watahy. Spojrzałem na nią. Była znaczącą niezadowolona. Delikatnie przechyliła łeb, marszcząc przy tym swój pyszczek, uraczyła mnie spojrzeniem zniecierpliwionych, szmaragdowych oczu.
-To może zacznę od tego, że spróbuje wyglądać przykładnie. No chyba, że podobam ci się w takim stanie.-Zrobiłem krok w jej stronę.
-Zacznij od zwiększenia odległości. -Prychnęła oddalając się. Zignorowałem jej nakaz, bez wyrzutów sumienia. Szliśmy terenami dość gęsto zarośniętymi, mojej towarzyszce to nie przeszkadzało, jednak mi sprawiło odrobinę kłopotu. Łapy ocierały się o kolczaste krzewy, które regularnie dodawały im ciekawych wzorów. Oczywiście to nie wszystko, do moich nowych “ozdóbek” przylgnął piasek, i zamienił je w bolesne dzieła sztuki. Nagle niby cud z niebios, zstąpił na mnie widok jeziorka. Było niewielkie, ale za to nieskazitelnie czyste. Podszedłem do niego jak do bóstwa, z pokorą i wdzięcznością. Na ostatnim odcinku rozpędziłem się dając do niego długiego susa. Ogarnęła mnie zimna woda, lecz nie na tyle by wywoływać drgawki. Powoli skrystalizowany płyn zaczął odrywać się od mojej sierści, a rany na łapach przestały pulsować. Z błogim uśmiechem wynurzyłem się wystawiając łeb ponad tafle wody.
-Długo będziesz się pluskać? -Zapytała wadera, spoglądając na mnie krytycznie. Popłynąłem w jej stronę.
-Czasu mam pod dostatkiem. -Odparłem z nutką tajemnicy w głosie. -To co idziemy?
- Tylko się pospiesz. -Przewróciła oczami.

<Mam nadzieję, że nie ciągnę za długo wątku…>

poniedziałek, 26 marca 2018

Od Moristiany CD Hael

Z jakże przyjemnej ciemności wyrwało mnie pacnięcie połączone z niezrozumiałym mamrotaniem jakiegoś wilka.
– Żyjesz?
Głos jasno wskazywał na basiora. Zmarszczyłam pyszczek w konsternacji.
Ach, no tak.
Niemal w tej samej chwili poczułam rwący ból w boku. Nie doskwierał mi on jakoś przesadnie, ale jednak był dosyć irytujący. Wokół słyszałam ciągle powtarzające się głuche dudnienie. Dziwne.
Niechętnie otworzyłam oczy tylko po to, aby zobaczyć, że nieznajomy wisi nade mną. I to dosłownie –  kilka centymetrów nad moją głową. Z tak bliskiej odległości mogłam zobaczyć żółte łatki na jego uszach i pysku. Podczas gdy ja przyglądałam mu się z bliska, on patrzył na mnie niezwykle uważnie z jakimś dziwnym błyskiem w oku. No to świetnie.
– Ekhem – przerwałam niezręczną ciszę, wstając wciąż dosyć chwiejnie na łapy. – Gdzie my tak właściwie jesteśmy?
– Jak widać w lesie. Konkretniej, co za niespodzianka!, pod drzewem. Przed chwilą zaczęło padać, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, więc przeciągnąłem cię tutaj.
No cóż, faktycznie padało. Gradem.
Nagle niebo przecięła ogromna błyskawica, a głośny grzmot niemal natychmiast po niej zagrzmiał nam w uszach. Piorun uderzył w roślinę znajdującą się niecałe dwieście metrów od nas.  N i e c a ł e   d w i e ś c i e   m e t r ó w   o d   n a s. Cudnie.
Wilk zaklął szpetnie pod nosem, po czym zaczął się kierować w sobie tylko znanym kierunku. Nie przeszedł nawet trzech kroków, kiedy odwrócił się do mnie z rozdrażnieniem widocznym na pysku.
– Na co jeszcze czekasz? Chodź, nie mam zamiaru znaleźć się na miejscu tego krzaka.
I nie czekając na moją odpowiedź, pociągnął mnie za sobą.
– Mogę wiedzieć dokąd dokładnie mnie wleczesz? – warknęłam podirytowana, wyrywając się z jego uścisku.
Basior westchnął cierpiętniczo, jakby rozmawiał ze skończoną kretynką, na co cała się najeżyłam.
– Do medyka, ktoś chyba musi opatrzyć tą twoją ranę. Poza tym deszcz najwidoczniej postanowił dołączyć do gradu, a jakoś nie specjalnie widzi mi się zmoknąć.
– Medyka? – zapytałam z ożywieniem. – A więc macie tutaj jakąś watahę?
– Oczywiście, a co myślałaś? – prychnął.
– Buc – mruknęłam niewyraźnie pod nosem.
– Coś mówiłaś? – Uśmiechnął się do mnie z udawaną słodyczą.
– Nic co mogłaby cię interesować – burknęłam.
Przez następne pół godziny szliśmy w ciszy. Moja złość trochę – ale tylko trochę! – zelżała i było mi nieco głupio. Bądź co bądź gościu mógł mnie tam zostawić, a jednak w pewien sposób się mną zaopiekował. Chociaż ta jego opieka pozostawia wiele do rzeczenia. 
Nawet się mu nie przedstawiłam – uświadomiłam sobie ze wstydem. Dlatego też niewiele myśląc, wypaliłam:
– Moristiana.
– Co proszę? – odwrócił się do mnie marszcząc śmiesznie pyszczek.
– Moristiana – odpowiedziałam nieco głośniej.
– To jakiś nowy rodzaj trucizny? – zapytał szyderczo.
– Nie, moje imię pacanie – odwarknęłam, ponownie czując złość. No cóż, muszę przyznać, że ma wyjątkowy talent do wkurzania wszystkich wokół i nawet gdybym nie miała tak parszywego humoru od samego rana, chyba bym z nim nie wytrzymała.

< Hael? :) >

niedziela, 25 marca 2018

Od Hael'a Cd. Moristiany

Ten dzień zaczął mi się wyjątkowo paskudnie. Nie dość było, że tę noc spędziłem w głównej mierze na liczeniu puszystych, głupiutkich baranów, które według niektórych ludzi pomagały zasnąć, to na dodatek zimny wiatr wywiewał z pomiędzy futra, resztki ciepła. Całe moje ciało skostniało, a w nosie zagilgotało mnie to uczucie, które towarzyszy chyba każdemu, tuż przed kichnięciem. Jednak niestety dzisiejszego ranka nawet to mi nie wychodziło. Męcząc się na granicy błogiego kichnięcia, ruszyłem na polowanie by uciszyć coraz bardziej domagając się mojej uwagi żołądek.
Właśnie czołgałem się do idealnej zwierzyny, gdy ciszę poranka przetrwało głośne niczym grzmot kichnięcie. Można się było domyślić, że to mój ukochany nosek postanowił dokuczać mojemu biednemu żołądkowi, zabierając mu, o ironio sprzed nosa, pożywne śniadanko. Jeleń na którego miałem chrapkę zerwał się i jak poparzony zwiał do lasu. Naturalnie rzuciłem się za nim biegiem, jednak ja w porównaniu do niego miałem w brzuchu niezłą orkiestrę. Jak by tego było mało, jakiś misiek również zaczął ścigać mój niepokorny posiłek. Zdusiłem w gardle warkot i chciałem przyspieszyć ale wpakowałem się w jakąś waderę

- Uważaj jak chodzisz! Tu się śniadanie goni! - spojrzałem za jeleniem ale ten w bezczelnych podskokach, potrząsając swoim białym kuperkiem, umknął w las

Zrezygnowany klapłem na ziemię i wziąłem się przynajmniej za poranną toaletę. A co mi tam! Co chwilę też rzucałem czujne spojrzenie samicy. Jakoś po paru ostatnich spotkaniach z tym gatunkiem, wolałem trzymać się na odległość.

- Co się tak patrzysz? Nie myjesz się nigdy czy co? - warknąłem na nią
- Nie wiem… Jakoś tak….słabo mi
- Tylko mi tu nie….mdlej - w tym momencie dziewczyna zwiotczała, upadając na mnie - suuuper…. Czy ten dzień może być gorszy?! - gdy tylko wypowiedziałem te słowa, z nieba spadły pierwsze grudki gradu...

< Przepraszam, że tak długo :) >
x

sobota, 17 marca 2018

Od Siyi CD Willow

Dzisiejszy poranek był niezwykle słoneczny. Niestety.
Nie mam zielonego, ani jakiegokolwiek innego, pojęcia dlaczego tak bardzo nienawidzę światła słonecznego, ale jeśli mam być szczera, niespecjalnie mi to przeszkadza. Znaczy to, że nienawidzę słońca, bo dziwne uczucia pochodzące znikąd są w najlepszym wypadku irytujące.
Hm, w kwestii tego słońca, ciekawe czy istnieje coś takiego jak krzyżówka wilka z wampirem? W moim przypadku wyjaśniałoby to całkiem sporo... Można gdzieś zrobić jakieś badania na takie połączenia?
Z nieznanych mi pobudek Kordian jeszcze się tutaj nie pojawił.
Dziwne, czyżby stało się coś ważnego? Ale w takim razie dlaczego nikt mnie nie wezwał?
Cóż, w każdym razie po pewnym czasie stwierdziłam, że jakkolwiek patrzenie na ścianę groty jest na pewno niezwykle fascynujące, to mimo wszystko dobrze byłoby zrobić coś ze swoim życiem. Cokolwiek.
W ten oto sposób postanowiłam wyruszyć na polowanie (nie żeby było ono rzeczywiście potrzebne, ale kto mi zabroni?). Ostatnimi czasy mogłam już coraz częściej wychodzić z jaskini, jednak mimo wszystko każda taka wycieczka na świeżym powietrzu naprawdę mnie cieszyła. Gdyby tylko to przeklęte słońce tak dzisiaj nie świeciło...
Dłuższą chwilę zajęło mi złapanie jakiegoś tropu, choć ostatecznie mi się udało. Bezszelestnie ruszyłam w ślad za zwierzęciem - tym razem był to zając. Niezbyt imponująco, ale zawsze coś. No i jego złapanie zajmie mi trochę czasu, którego mam aż nadto. Powoli zbliżałam się do mojego celu...
Trach!
Pod moją łapą trzasnęła niezbyt głośno malutka gałązka. Wystarczyło to jednak, aby mój niedoszły lunch rzucił się do ucieczki. Niewiele myśląc, ruszyłam czym prędzej w ślad za nim. Skubaniec był niezwykle zwinny i już po krótkim czasie cała się zasapałam (trzeba by pomyśleć nad jakimś treningiem, bo czarno to widzę...), jednak nie chciałam dać za wygraną. Kluczyłam wśród drzew kilka metrów za nim. Tak skupiłam się na tym wrednym, uciekającym sierściuchu, że stojącego na mojej drodze wilka zauważyłam dosłownie w ostatniej chwili i niewiele brakowało, a wpadłabym na niego z impetem.
Mogłabym przysiąc, że jeszcze przed chwilą go tutaj nie było...
Mój niezaplanowany postój został szybko wykorzystany przez uciekiniera, który czym prędzej czmychnął w pobliskie zarośla i tyle go widzieli. Warknęłam podirytowana, próbując jednocześnie złapać oddech. W tym czasie mogłam się dokładnie przyjrzeć stojącemu przede mną delikwentowi. Jego brązowa sierść była pozlepiana jakąś dziwną, żółtą mazią.
Odchrząknęłam niezręcznie, podczas gdy ten patrzył na mnie spokojnym wzrokiem.
– Daleko stąd do terenów najbliższej watahy? – zapytał niespodziewanie basior, głębokim i delikatnym głosem.
– Jakieś niecałe dwa kilometry, znajdujemy się dosłownie przy granicy – odparłam bez zastanowienia. Pomiędzy nami ponownie zapadła cisza. Przechyliłam łeb lekko w prawo i zmarszczyłam pyszczek, patrząc na niego.

<Willow? Może być coś takiego? :) >

poniedziałek, 12 marca 2018

Od Siyi CD Isil

– Nazywasz się Siya. Pełnisz rolę myśliwego w watasze. Wolisz noc od dnia i jesteś bardzo nieufnym wilkiem... – mówiła a zamyślonym wyrazem pyska, w czasie gdy ja próbowałam to sobie jako sensownie poukładać w głowie. – Masz dwójkę szczeniąt: Sneeu i Rakshę. Sneeu jest starszy... Miałaś także trzeciego szczeniaka, Vaidera, ale on zginął w tym samym dniu, w którym ty straciłaś pamięć... – Przerwała na chwilę swój krótki wywód, a w oczach zaczęły jej się zbierać łzy. - To przeze mnie zginął, nie udało mi się go uratować, a potem tchórzliwie uciekłam... Wybacz mi, proszę...
Chyba po raz pierwszy odkąd tutaj weszła popatrzyła prosto na mnie. Na jej pysku malowała się taka szczerości i poczucie winy, jakiej jeszcze w życiu u nikogo nie widziałam (śmieszne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że nie pamiętam z tego życia więcej niż dobę). „Jak mam wybaczać wydarzenia o których nie pamiętam?! Na Kerui, nie pamiętam nawet własnych szczeniąt!” – krzyczał sfrustrowany głos wewnątrz mnie i przez chwilę miałam nawet zamiar wyrzucić to z siebie w postaci jakiejś niemiłej uwagi. Jednak tylko przez chwilę, bo niemal od razu po tej myśli poczułam się tak straszliwie zmęczona… Nie pod względem fizycznym, oczywiści. Czułam się raczej przytłoczona tym wszystkim psychicznie. Nawet nie zauważyłam, kiedy głęboko westchnęłam, kierując wzrok z powrotem na wilczycę.
– Słuchaj… Isil… Ja… Zasadniczo nic nie pamiętam. I, no cóż, nie wiem czy rzeczywiście czymś zawiniłaś. Nie wie nawet kim jestem i skąd się tu wzięłam! – Malutka iskierka irytacji na nowo we mnie zapłonęła, żeby zaraz potem zgasnąć. – Chciałabym coś pamiętać, chciałabym jak ch*lera, ale poza mglistymi przebłyskami nie mam nic. Wybacz, ale nie moim zadaniem jest rozgrzeszenie cię – być może była to działka tamtej Siyi… Jednak póki co muszę najpierw dojść do ładu z włąsną głową – wręcz mruknęłam ostatnie zdanie.
Wadera spojrzała na mnie dziwnie. I choć już nie płakała, patrzyła na mnie smutnym wzrokiem, jakby mnie żałując. Podświadomie ponownie poczułam złość. Czyżbym w przeszłości nie lubiła, gdy ktoś się nade mną litował? Zasadniczo, żadna to przyjemność.
– Czy… chciałabyś, abym cię do nich zaprowadziła? Do szczeniąt? – cichym głosem przerwała panującą pomiędzy nami ciszę. Kiwnęłam tylko łbem, podnosząc się na łapy w jakby nowym przypływie energii.
Muszę dojść do ładu z własnymi emocjami, w rzeczy samej…
Nie powiedziałam już nic więcej, tylko kiwnęłam powoli głową i wyszłam za wilczycą na zewnątrz, uprzednio powiadamiając o tym Kordiana. Och, jak dobrze być znów na świeżym powietrzu – pomyślałam mimowolnie.

<Isil? Wybacz tak długą przerwę>

Od Rakshy do Light

Kiedy ta przemiła wilczyca, która chyba nazywała się Rułasna czy jakoś tak, musiała gdzieś pójść i zostawić nas samych, był wczesny ranek. Sneeu był strasznie przejęty swoją „poważną” rolą opiekuna i nie chciał odstąpić mnie nawet na krok. A przy tym nie miał ochoty na żadną z wymyślonych przez mnie zabaw! Udało mi się wytrzymać tą wszechogarniającą nudę aż do południa (jestem z siebie niezwykle dumna!), jednak wtedy miarka się przebrała i postanowiłam wyrwać się na chwilę spod nadopiekuńczych skrzydeł braciszka.
Położyłam się obok niego i po chwili ciszy zapytałam:
– Sneeu, czy mógłbyś znaleźć tą miłą panią? Albo mamę? – zapytałam, starając się wyglądać na jak najbardziej nieszczęśliwą, co chyba mi się udało.
– Dlaczego? Coś się stało? – odparł zaniepokojony i przyjrzał mi się z troską, przez co przez chwilę czułam się winna.
– Nie czuję się chyba najlepiej… – wymamrotałam, nie patrząc na niego, jednak on zdawał się tego nie zauważać.
– Nie chcę zostawiać cię samej – powiedział podnosząc się z siadu i patrząc na mnie niezdecydowany.
– Proszę… – odpowiedziałam najbardziej płaczliwym tonem, na jaki tylko było mnie stać i czekałam z niecierpliwością na efekty. Chyba połknął haczyk.
– No… dobrze. Ale proszę nie ruszaj się stąd.
– Oczywiście – starałam się, aby mój głos nie brzmiał zbyt radośnie, podczas gdy Sneeu z wahaniem ruszył przed siebie.
Gdy tylko zniknął z mojego pola widzenia, poderwałam się na łapy i potruchtałam w przeciwnym kierunku. Las wydawał mi się taki wielki i wspaniały. Gdzieniegdzie leżały jeszcze co prawda śnieżna zaspy, jednak zielone źdźbła wyglądały spod nich zdecydowanie. Gdzieś w oddali słychać było ćwirkanie pierwszego ptaka. Nadstawiłam uszu, chcąc udać się w tamtym kierunku. Nagle na moim nosie usiadł duży kolorowy motyl. Niewiele myśląc kłapnęłam zębami, przez co od razu odleciał. Postanowiłam ruszyć za nim w pogoń. Nie uszłam jednak daleko, ponieważ niespodziewanie zderzyłam się z czymś wielki. A właściwie z kimś. Była to pani o jasnobrązowym futrze. Spojrzałam na nią z ciekawością, przechylając przy tym łepek.

<Light? Nie obrazisz się za tak nagłe rozpoczęcie wątku? :]>

Od Sneeu do Rusłany

– Muszę na chwilę was zostawić – oświadczyła pewnego poranka przemiła pani, która kazała mi mówić do siebie Rusłana. – Gdzieś na południowej granicy panuje ponoć jakieś poruszenie i jestem tam potrzebna. Czy mógłbyś przypilnować swojej siostry?
Spojrzałem na starszą wilczycę zaskoczony.
– Tak, oczywiście – odpowiedziałem cicho.
– Świetnie, dziękuję! – uśmiechnęła się do mnie promiennie, jednak zaraz spoważniała. – Tylko uważaj i nie zgub jej nigdzie, dobrze? Powinna wrócić koło południa – Znów uśmiechnęła się pogodnie. – Bądźcie grzeczni – powiedziała jeszcze na odchodne, mrugając przy tym porozumiewawczo do Rakshy.
Musze przyznać, że mocno przejąłem się moją rolą opiekuna – nigdy nie miałem aż tak odpowiedzialnej roli! Po początkowych próbach harcy, moja siostra uspokoiła się znacznie. Było to troszkę niepokojące, ponieważ zawsze zachowywała się bardzo głośno. Kiedy położyła się obok mnie w ciszy, byłem już naprawdę wystraszony. Po chwili milczenia zapytała:
– Sneeu, czy mógłbyś znaleźć tą miłą panią? Albo mamę? – Wyglądała na naprawdę nieszczęśliwą.
– Dlaczego? Coś się stało? – odpowiedziałem od razu, przyglądając się jej badawczo.
– Nie czuję się chyba najlepiej… – wymamrotała. W tym momencie byłem naprawdę przerażony. A co jeśli jej się coś stanie?
– Nie chcę zostawiać cię samej. – Podniosłem się do siadu.
– Proszę… – odparła dosyć płaczliwie. Naprawdę obawiałem się zostawić ją samą, ale z drugiej stron, co jeśli była naprawdę chora?
– No… dobrze. Ale proszę nie ruszaj się stąd – powiedziałem w końcu i podreptałem szybko w kierunku, który zdawał mi się być południem.
– Oczywiście – usłyszałem jeszcze za sobą jej głos, jednak nie miałem czasu się odwrócić. Potruchtałem przed siebie licząc, że szybko spotkam kogoś dorosłego. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem biec. Gdy wyłoniłem się zza zakrętu, niespodziewanie uderzyłem w czyjeś łapy. Spojrzałem lekko zdezorientowany do góry – przede mną stała Rusłana, marszcząc dziwnie brwi.
– Coś się stało? – zapytała zmartwiona.
– Tak… Znaczy nie wiem… Chyba… – odpowiedziałem, próbując złapać oddech. – Raksha mówiła, że się źle czuje i przez cały poranek była bardzo spokojna – powiedziałem w końcu, czując się coraz bardziej nieszczęśliwie.

<Rusłana? Nie masz nic przeciwko? :]>

Od Siyi do Kordiana

Ten śmieszny basior o brązowej sierści przychodził do mnie codziennie i sprawdzał jak ma się stan mojej pamięci (warto nadmienić, że nie miał się on nijak – dosłownie). Na szczęście nie co dnia był tak radosny, jak za pierwszym razem. Albo to ja byłam mniej podirytowana. W każdym razie na ogół nie zamienialiśmy ze sobą nawet słowa, tym jednak razem postanowiłam się wyłamać. Być może to przez doskwierającą mi nudę, a być może była to raczej wina samotności. Tak czy siak, przełamałam naszą małą „tradycję”:
– Więc od jak dawna mieszkasz na tych terenach Kordianie? – zapytałam z braku innych pomysłów na rozpoczęcie rozmowy (co mnie w ogóle do tego podkusiło?).
Wilk spojrzał na mnie zaskoczony, ale odpowiedział:
– Będzie już niemal dwa lata. Dlaczego pytasz?
– Cóż, tak tylko z ciekawości – odparłam, wzruszając ramionami. Znów nastała cisza. Chociaż teraz była ona raczej bardziej krępująca niż ta zazwyczaj. Nie wiedziałam jednak za bardzo, jak miałabym ją przerwać – nie miałam praktycznie żadnego doświadczenia z innymi wilkami (ponoć tak samo było w moim „poprzednim życiu”). Tym razem to Kordian przerwał milczenie.
– Myślę, że już niebawem odzyskasz pamięć – powiedział, starając się przy tym uśmiechnąć pokrzepiająco, ale chyba nie bardzo mu to wyszło. Dokładnie to samo mówił podczas każdej innej wizyty i oboje doskonale o tym wiedzieliśmy. – Chociaż myślę, że powinnaś zażyć trochę ruchu.
O, a to coś nowego. Spojrzałam na basiora pytająco.
– To powinno pomóc w regeneracji komórek pamięci – odpowiedział ochoczo na niezadane pytanie, a po chwili namysłu dodał również: – jeżeli chcesz mogę ci dzisiaj towarzyszyć.
Skinęłam lekko głową na znak zgody, bo dlaczego nie? W końcu co może pójść nie tak?
(Spoiler: wszystko)

<Kordian? Nie miałbyś nic przeciwko takiemu wątkowi? :]>

Od Willow'a

Światło przenikało przez korony drzew barwiąc liście jaskrawą zielenią. Wiatr lawirował pomiędzy trawami niczym zgrabny tancerz. Nie śmiałem odstąpić mu kroku. Lekko przenosząc ciężar ciała z jednej łapy na drugą podążałem swoją ścieżką donikąd. Swobodnie wsłuchiwałem się w odgłosy lasu wyłapując melodie tak przejmujące, że serce w odpowiedzi nadawało rytm. W miarę upływu czasu cienie wydłużyły się a z mrocznych zakamarków wypełzły istoty, których oblicza wolałbym nie oglądać. Leniwie ogarnąłem wzrokiem krajobraz. Wielki dąb pnący się wzwyż, pragnący dotknąć nieba, z gałęziami szeroko rozpiętymi niby kajdany przykuwające go do ziemi. Brzoza szczupła, delikatna zbyt nieśmiała aby przyozdobić się w jedną szatę. Znam każde z tych drzew. Dzielimy te same myśli i pragnienia. Uniosłem głowę oparłem łapy o popękany pień, wyczułem pod nimi jego wiek. Przylgnąłem do niego tułowiem, a pędy na moim grzbiecie poczęły rosnąć, wijąc się niczym węże oplotły się wokół drzewa tworząc pierścień. Futro przekształcało się w twardą masę, która po chwili pękała tworząc szramy głębokie na kilka cali. Ogon wygiął się nienaturalnie znikając pod warstwą liści. Zamknąłem oczy. Świadomość powoli odpływała zmysły były zamglone, otępiałe myśli płynęły wolniej, rzadziej, aż w końcu przestały istnieć. Zanurzyłem się w snach…

Noce i dnie mijały nie pozostawiając po sobie nic prócz tęsknoty. Tęsknoty za porzuceniem tej klatki bez szpar, przygnębiającej samotności. Tej która od lat goni za mną nieustannie. Sen moja ostoja powoli się kończy.

Słońce wstało sięgając swoimi ramionami dalej niż ogarnia wzrok. Otworzyłem oczy ślepnąc pod jego blaskiem. Odepchnąłem się od drzewa, lecz gałęzie zawzięcie trzymały mnie w swych objęciach. Po kilku próbach pękały wydając bolesny dla uszu trzask. Po pysku spłynął żółtawy płyn zlepiając sierść w niezgrabne pukle, wpadając do nozdrzy, szczypiąc w oczy. Upadłem na ziemię. Drżąc podniosłem się chwiejnie przestępując z jednej łapy na drugą. Uniosłem głowę a w oddali zamigotał cień. Nie byłem w stanie ocenić czym był, prędkość z jaką wymijał przeszkody była doprawdy imponująca. Przez kilka dobrych chwil przyglądałem się owemu stworzeniu podziwiając jego zwrotność, jednak mój zachwyt nie trwał zbyt długo. Stanęła przede mną w całej swej okazałości…





<Jeśli jest ktoś chętny do odpisania, to proszę żeby do mnie napisał. >

Willow

 "Jeżeli chcesz sobie życie poprawić to wystarczy poprawić ''poduszkę''.''